Bóg dał mi wszystko, więc muszę pomagać tym, którzy tego potrzebują

North_View_from_the_skydeck_of_Sears_Tower

Amerykanka ukraińskiego pochodzenia, mama dwójki dzieci, kochająca żona, ale przede wszystkim dobry człowiek, który lubi pomagać innym. Tak w skrócie można opisać Marię Kit. Nawet mieszkając w Stanach Zjednoczonych już ponad 40 lat, nie przestaje tęsknić za ojczystym krajem. Zdarza jej się od czasu od czasu „gościć” na Ukrainie i próbować budować swoją przyszłość na Ojczyźnie. Rozmowę przeprowadziła Nikol Hovorkova.

Pressja: Jak to się stało, że przyjechała Pani do Stanów Zjednoczonych?

Maria Kit.: Miałam wtedy 15 lat. Moi rodzice mieli problemy z pracą na Ukrainie i musieliśmy całą rodziną wyjechać do Ameryki, żeby uratować biznes. W tych czasach była to naprawdę ciężka decyzja dla ojca. My z bratem, który miał wtedy 9 lat, chodziliśmy tam do szkoły, mieliśmy przyjaciół i podobało nam się nasze życie w Ługańsku. Dużo płakaliśmy i prosiliśmy ojca, żebyśmy nie wyjeżdżali, lecz w końcu zrozumieliśmy, że jeśli nie pojedziemy to skończymy na ulicy. I wylądowaliśmy w końcu w Chicago. Zostawiliśmy prawie wszystko i zaczęliśmy całkiem nowe życie w USA.

P: Mieliście z bratem, jako dzieci, jakieś problemy by oswoić się w nowym miejscu?

M.K.: Nie znaliśmy języka, ale trzeba było iść do szkoły, zaczynać nowe znajomości. Przyjechaliśmy wiosną, mieliśmy jeszcze pół roku na adaptację. Mieszkaliśmy w etnicznym okręgu, gdzie prawie wszyscy byli Ukraińcami, co bardzo mi się spodobało, bo miałam swój kawałeczek Ukrainy. A z bratem poszliśmy na kursy języka angielskiego i po pół roku nauki i odnajdywania się w nowym środowisku, mówiliśmy nie gorzej od Amerykanów. Jesienią poszliśmy do szkoły. Tutaj wszystko różniło się od ukraińskiej szkoły. W każdy dzień miałam jednakowe lekcje. Na początku wszystko było bardzo niezwykle, ale pół roku później wciągnęłam się. Amerykanie byli bardzo życzliwi, pomagali mi i bratu, stali się dla nas przyjaciółmi bez żadnej dyskryminacji.

P: Studiowała Pani na Uniwersytecie Illinois w Urbana-Champaign na kierunku weterynaria. Dlaczego wybrała Pani tę specjalność?

M.K.: Zawsze bardzo lubiłam zwierzęta. Od dzieciństwa zawsze miałam w domu jakieś zwierzątko: czy to psa, czy kotka, albo nawet wiewiórkę. W Ameryce jest gdzie rozwijać się w tej sferze. Tu ludzie nie boją się zabierać zwierząt do lekarza. Istnieje policja do spraw zwierząt i hotele, gdzie można zostawić ulubieńca, kiedy jedziesz na wakacje. Nawiasem mówiąc, bardzo ściśle karzą za okrutne traktowanie zwierząt. Lubię pomagać tym, którzy nie zawsze mogą bronić się sami.

P: Gdzie poznała Pani swojego męża?

M.K.: Już tu, w Chicago, kiedy wróciłam po studiach. Przyszłam na rozmowę kwalifikacyjną do kliniki weterynaryjnej. Peter był tam głównym lekarzem. Kiedy weszłam do jego gabinetu, byłam naprawdę zdziwiona. On był kilka lat starszy, ale już miał swoją klinikę. On był taki życzliwy, miły, przystojny, że od razu się zakochałam. Nigdy, nawet będąc nastolatką, nie wierzyłam w miłość od pierwszego spojrzenia, ale wtedy odczułam, że to ona. Nawet nie spodziewałam się żadnych bliższych stosunków z nim, ponieważ po rozmowie przymierzałam już biały fartuch, jako asystentka lekarza Petera Williamsona. Przez rok zarządzałam oddziałem terapii, a rok później zostałam żoną doktora Williamsa. Obecnie jesteśmy razem już 33 lata.

P: Niesamowicie! Czy Pani mąż był kiedyś na Ukrainie?

M.K.: Po przyjeździe tu nie byłam na Ukrainie prawie 15 lat. Szkoła, uniwersytet, praca, ślub – nie miałam nawet czasu na odwiedzanie mojej kochanej Ukrainy. Peter na 5 rocznicę zrobił mi niespodziankę. Przyszedł wieczorem po pracy i powiedział: „Zabieraj walizy! Jutro mamy samolot do Kijowa”. Moje szczęście nie miało granic. Wtedy prawie miesiąc spędziliśmy w różnych miastach Ukrainy. A po powrocie do Ameryki Petera też czekała niespodzianka, ale już ode mnie. Byłam w drugim tygodniu ciąży. To było podwójne szczęście: spodziewałam się dziecka, które zostało poczęte na Ukrainie. Drugi raz byliśmy w Ługańsku 5 lat temu razem z dziećmi na wakacjach. Peter chciał pokazać Annie i Alexandrowi skąd pochodzi ich mama. Bardzo im się tam podobało.

P: Czy planuje Pani jeszcze kiedyś odwiedzić ojczysty Ługańsk?

M.K.: Teraz to moje największe marzenie. Kiedy widzę, co się tam dzieje, to od razu łzy ciekną po policzkach. Nie mogę uwierzyć w to, że moje miasto jest zniszczone. Spędziłam tam swoje dzieciństwo i cała ta sytuacja jest dla mnie ogromnym szokiem. Nie mam możliwości by wiedzieć o wszystkim, co tam się dzieje, ponieważ Internet kłamie na każdym kroku. Mieszkam w pobliżu tego samego „ukraińskiego okręgu” i my staramy się wspierać żołnierzy z ATO. Zbieramy i przekazujemy pomoc humanitarną do rejonów działań bojowych .

P: Mąż i dzieci podtrzymują Panią w tej misji?

M.K.: Oczywiście. Dla nich to taka sama tragedia jak dla mnie. Mąż sam znalazł człowieka, który odwozi naszą pomoc różnym organizacjom pomagającym ukraińskim żołnierzom. Kiedy zaczęliśmy pomagać im, zapytałam Petera, dlaczego on to robi, przecież to nie jego ojczysty kraj. On zaś zacytował wtedy frazę, którą powiedziałam w rozmowie kwalifikacyjnej odpowiadając na pytanie: „Dlaczego chcę pracować ze zwierzętami?” – „Bóg dał mi wszystko, więc muszę pomagać tym, którzy tego potrzebują”. Tak zaczął się nasz nowy etap.

P: Jeżeli Pani miałaby możliwość coś powiedzieć Ukraińskim żołnierzom, co by Pani im powiedziała?

M.K.: Nie poddawać się. Ukraina to piękny i majestatyczny kraj, za który warto walczyć. Ale walczyć nie na tym barbarzyńskim poziomie, zabójstw i bitw, a na poziomie państwowym. Ile można oglądać śmierć synów, braci, mężów i rodziców. Czas obalić władzę, która martwi się tylko o to, jak ukraść więcej państwowych środków. Nie warto walczyć o taką władzę, warto walczyć o przyszłość, o dzieci, o swój kraj.

P: Jest Pani matką dwójki dzieci. Jaką zatem widzi Pani dla nich przyszłość?

M.K.: Bardzo chciałabym jeszcze pojechać z nimi na Ukrainę. Podczas naszej jedynej wizyty zobaczyły tak mało ze wszystkich bogactw tego kraju. A przyszłość? To nie ja zdecyduję. Chcę, żeby mieszkali tam, gdzie chcą, niech to będzie choćby USA czy Afryka. Są samodzielnymi dziećmi i wierzę, że znajdą dla siebie idealne miejsce do życia i założenia rodziny.

P: A Pani? Gdzie Pani widzi swoją przyszłość?

M.K.: Już myślałam o tym. My z Peterem umówiliśmy się, że jeżeli na Ukrainie wszystko się polepszy, to na starość chcielibyśmy się tam przeprowadzić. Nawet nie jest ważne w jakim mieście. Peter bardzo mnie wspiera i zgodził się na takie rozwiązanie. Mam nadzieję, że wszystko będzie tak, jak zaplanowaliśmy.

Rozmawiała: Nikol HOVORKOVA

zdjecie: wikipedia.org

PARTNERZY:
Rekrutacja WSIiZ!