Herkules naszych czasów

Herkules

Herkules Bretta Ratnera to interesujący przykład pomieszania z poplątaniem. Nie aż tak dobry jak „300” Zacka Snydera, jednak wciąż wystarczająco ciekawy. Kinomaniacy chętnie porównują oba te filmy. W obydwu przypadkach z prostej zazwyczaj sztuki dla mas – komiksu – kino bierze kluczowe elementy, których samo nie potrafiło stworzyć. Wciągającą narrację, mocne skontrastowane postacie i krzykliwe konflikty.

Spiderman, X-Mani, Joker, Batman czy Fantastyczna Czwórka narodzili się w seriach krzykliwych historii obrazkowych, nieimponujących początkowo rozmiarem czy rozmachem, by dzięki kinu wygrać walkę o masową wyobraźnię z tak uznanymi mitologicznymi postaciami jak Herakles, Neptun, Leonidas, centaury, cyklopy… Ostatnio jednak oba nurty zaczęły ze sobą romansować. Kino ponownie karmi się mitologią, klasyką, jednak robi to za pośrednictwem ekstrawaganckiego świata komiksu.

Dostajemy już całkiem liczne efekty tego procesu. Miast niemal boskich wyidealizowanych herosów otrzymujemy plebejskich hultajów i obwiesiów, graczy. Oczywiście ukazanie Herkulesa (w roli głównej Dwayne Douglas ,,The Rock’’ Johnson) w innej konfiguracji jest logicznie umotywowane, bo przecież zanim stał się legendą, był człowiekiem – ze wszystkimi słabościami. Istotna odmiana: oryginalny mitologiczny Herkules nosił na barkach swoje indywidualne przekleństwo i szaleństwo. Bękart najwyższego z bogów, prześladowany przez jego zazdrosną małżonkę, winny morderstwa swej rodziny, w komiksowej adaptacji Steve’a More’a jest już dowódcą zapatrzonych weń najemników pełnych fantazji. Takim uznało go kino, mroczna przeszłość przewija się naturalnie w retrospekcjach. Przerabia je na chwałę Herkulesa jego krewniak, bogaty wyobraźnią kronikarz Jolaos. Można zatem powiedzieć, iż „Herkules” Bretta Ratnera (przywołując słowa Łukasza Muszyńskiego z portalu film web.pl) „to propozycja dla dużych chłopców: napakowane testosteronem kino przygodowe w mitologicznym sosie”.

Może to przypominać specyficzne gry Jaskra i Geralta w wiedźmińskiej sadze Andrzeja Sapkowskiego. Drwinę z przeczuć i z nadanego odgórnie przeznaczenia, w której nie chodzi już o przesłanie, a o zabawę samą w sobie. Pewne rzeczy się nie zmieniają– władcy nie respektują umów, starając się kierować moce bohaterów przeciwko ofiarom nieszczęśliwych okoliczności. Takie manewry udają się tutaj królom Tracji i Aten (odpowiednio John Hurt i Joseph Fiennes) tylko do czasu.

Mówiłem o „300”. O ich sukcesie zdecydowała i mistrzowska strona estetyczna i stylizacja na greckie malarstwo, a także wysoka stawka gry. Chodzi o bohaterów broniących ojczyzny.

Herkules Ratnera/ Moore’a jest zabijaką, który próbuje odkręcić służbę złej sprawie. Dawno temu, w roku 1966, na takim zabiegu oparto western ,,Zawodowcy’’ z Claudią Cardinale i Burtem Lancasterem.

Dobre, choć nie tak czyste estetycznie jak w :300”, są tu momenty, w których występują potwory czy sceny walk. Oglądamy na czym polega śmiercionośna siła rydwanu, bojowa skuteczność ognia greckiego, skąd wziąć się mogły utrwalone w mitologiach wizerunki centaurów, jak wyglądał posąg bogini Hery. Choć i w tej warstwie opowieści jest współczesny trop. Wojownicy Besso jako żywo przypominają orków z ekranizacji ,,Władcy Pierścieni’’ Petera Jacksona i żywe trupy od Romero. Mitologia mitologią, a popkultura zeżre wszystko. Pół biedy, jeśli efekty jej trawienia są takie, jak w tym przypadku.

W swym filmie Brett Ratner całkiem sprawnie ukazuje, czym naprawdę mogły być mity i jak wyglądało mityczne bohaterstwo. Podkreśla wyraźnie, że nie trzeba wcale być herosem o nadprzyrodzonych mocach, aby stać się prawdziwym bohaterem. Okazuje się więc, że słynne dwanaście prac, przez które Herkules stał się sławny, jak i cała magiczna otoczka jaką były one spowite, to tak naprawdę jedno wielkie kłamstwo. Reżyser przez cały film stara się udowodnić, całkiem zresztą zręcznie, że nie wszystko jest takie, jakie może się wydawać na pierwszy rzut oka. To całkiem spore ambicje jak na film akcji i dobre odwołanie do klasycznej mitologii.

Co najdziwniejsze, to bohaterowie drugoplanowi – towarzyszący Herkulesowi najemnicy – są najlepszym punktem przedstawionej historii. I nawet jeśli potencjał tych elementów nie jest do końca wykorzystany, to i tak daje radę. Nie ma tu ,,prawdziwie nieustraszonych’’ wojowników, jak to często bywa w komiksach. Oczywiście zaprawieni w bojach najemnicy posiadają bardzo przydatne w zmaganiach umiejętności, ale nie okazują się niezwyciężonymi herosami. Każdy z nich dźwiga własny bagaż doświadczeń i indywidualne brzemię. Grupa Herkulesa to udany zbiór różnych, acz bez skrajności przesadzonych charakterów. Każda persona wnosi swój wkład w życie głównego bohatera i w odmienny sposób oddziałuje również na odbiór filmu. Dzięki bogatej palecie ,,przerysowanych’’ postaci pewne miałkości fabularne z łatwością odchodzą w niepamięć widzów.

Herkules nie jest najlepszą produkcją opartą na mitologii rzymskiej czy greckiej, nie jest nawet najlepszą tego typu opowieścią w duchu komiksowym. Mimo wszystko warto poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z tą wersją przygód słynnego wykonawcy dwunastu prac. Jest to produkcja zdecydowanie lepsza od tegorocznej „Legendy Herkulesa”, której twórcy wyjątkowo daleko odsunęli się od elementów mitologicznych, nie zastąpiwszy ich elementami pochodzenia komiksowego. Film Ratnera ogląda się zdecydowanie ciekawiej, jest bardziej dopracowany, a przedstawiając ludzką stronę znanego herosa nie próbuje umieszczać go na piedestale. Reżyser woli się skupić na ludzkim pierwiastku, zamiast po raz enty przerabiać temat boskiej siły Herkulesa. Dzięki temu nasz bohater mimo dziwnego rodowodu z ojcem komiksem i matką mitologią staje się widzowi bliższy. Kulturowe pomieszanie z poplątaniem, ale naprawdę udane.

Zasadniczo nie można więc zgodzić się z opiniami, że nie ma dobrych filmów na podstawie mitologii, gdyż tegoroczna oferta wytwórni MGM dzięki scenarzystom daje widzom wszystko, czego potrzebują.

Jakub PROKOP

PARTNERZY:
Rekrutacja WSIiZ!