„Jestem dzieckiem świata”. Wywiad z Mariią Bulbakh

zdjecie

Mariia Bulbakh to nie tylko absolwentka WSIiZ, ale przede wszystkim dziewczyna, która marzenia zmieniła w rzeczywistość. O życiu stewardessy i nie tylko opowiedziała w rozmowie z Julią Mykhailiuk.

Pressja: Dlaczego zdecydowałaś się pracować jako stewardessa?

Maria Bulbakh: Mój dziadek był wojskowym pilotem. Co ciekawe, odbywał nawet przygotowania do lotu w kosmos razem z Jurijem Gagarinem. Kiedy byłam małą dziewczynką często zabierał mnie na wojskowe lotnisko albo na pokazy lotnicze. Od tej pory zafascynowało mnie niebo, samoloty oraz fakt, że człowiek może latać nie będąc ptakiem. Czy to nie jest cudowne?

P: Jak znalazłaś pracę, studiując zupełnie inny, niezwiązany z tym zawodem kierunek?

M.B.: W czasie lat szkolnych i studenckich trochę zapomniałam o niebie. Przyszedł jednak taki moment w moim życiu, kiedy zostałam opiekunem studentów z Niemiec, którzy odbywali swoją wymianę studencką w naszej uczelni pod patronatem linii lotniczej Lufthansa. Będąc cały czas w ich otoczeniu, słuchając rozmów o samolotach, lotniskach, systemach lotniczych, o tym, jak co weekend latają tam gdzie tylko chcą (płacąc za bilety jakiś malutki procent od ceny) – wróciła do mnie moją wielka chęć by zostać częścią dużej rodziny lotniczej oraz pracować i obcować z niebem. Siedzenie na ziemi na lotnisku wydawało się dla mnie dość nudnym zajęciem. Z kolei zawsze wyobrażałam sobie męskie ręce, jeśli chodzi o trzymanie steru samolotu. Dlatego też pozostała tylko jedna opcja – stewardessa.

P: Pracujesz w arabskich liniach lotniczych, mieszkasz na co dzień w Dubaju. Nie oszukujmy się – to jest zupełnie inny świat. Jak ci się udało do niego przyzwyczaić?

M.B.: W pierwszych dniach przebywania w Dubaju pracodawca przeprowadził dla nas dni integracji. Miejscowi dużo opowiadali nam o kulturze, regułach i religii kraju arabskiego. Najpierw myślałam O jej, jak w tym kraju mieszkać, jeżeli nie wolno nawet przytulać się na ulicy albo trzymać się za ręce. Czas pokazał, jak to wygląda w praktyce. Faktem jest to, że Dubaj położony jest na skrzyżowaniu setki szlaków, jest prawie centrum świata patrząc na mapę naszego wzoru (np. mapa świata w Australii wygląda całkiem inaczej niż nasza, jest odwrócona tak, że Australia jest po środku). Dlatego w Dubaju można spotkać przedstawicieli różnych krajów, kultur i religii. Z tego powodu główną regułą, na której opiera się całe miasto jest szanowanie osób wokół ciebie. Dopóki szanujesz styl życia innych, twój sposób bycia będzie również szanowany.

P: Można powiedzieć, że mieszkasz w niebie. Jak ci się to udaje? Jak sobie z tym radzisz? Wydaje się to dość przerażającą perspektywą…

M.B.: Strasznie lubię to uczucie, kiedy jestem w niebie. Z nieba nasze kraje i miasta wydają się takie malutkie i piękne. Niesamowite widoki czekają na pasażerów, którzy mają szczęście trafić na miejsca dalej od skrzydeł. Może też tak by mi się nudziło siedzieć przez kilka godzin i chciałoby się już dotknąć lądu, ale nie zapominajmy, że jestem z innej strony tego procesu. Po mojej stronie lot jest o wiele ciekawszy. Cały czas coś robimy, gadamy, pomagamy, pilnujemy, obserwujemy – nie ma czasu na nudę. Chociaż dodam, że nasz system rozrywkowy na pokładzie jest taki ciekawy, że czasami pasażerowie nie chcą opuszczać pokładu samolotu nawet po lądowaniu – siedzą i dalej oglądają filmiki albo grają w gry między sobą.

P: Maria, ciągłe latasz, odwiedzasz nowe miasta. Jeszcze Cię to do tej pory nie znudziło?

M.B.: Fascynuje mnie takie życie i dlatego nie jest to takie ciężkie. W Bangkoku wiem, że pójdę na masaż, w Pekinie zrobię tanie zakupy do domu, a w Jakarcie zapakuje całą torbę smacznych owoców. W Marocco zaś odżywię włosy naturalnymi olejkami, a na wyspie Mauritius odpoczną moja dusza i ciało. I tak w każdym kraju mam coś, co lubię robić. Trudno jest odmówić sobie takiego stylu życia.

P: Co najbardziej uwielbiasz w swojej pracy?

M.B.: Może to jest dziwne, ale mój ulubiony moment to kiedy po locie opuszczamy samolot, odbieramy swoje bagaże i kierujemy się w stronę wyjścia z lotniska na autobus. Właśnie wtedy zawsze mijamy strefę poczekalni dla ludzi, którzy oczekują swoich bliskich, znajomych, partnerów. Ten moment, kiedy pojawiamy się i ludzie zaczynają przyglądać się, uśmiechać, mówić do nas, robią zdjęcia oraz nagrywają filmiki jak spacerujemy… Ma się takie odczucie, że dla nich jesteś gwiazdą Noujum (przyp. aut. gwiazda po arabsku). Ale tak naprawdę gdybym miała powiedzieć, co uwielbiam w swojej pracy, to ten wywiad nie miał by końca. (śmiech)

P: A wady? Po takich zachęcających rekomendacjach, zastanawiam się czy są jakieś wady podjęcia pracy w tym zawodzie…

M.B.: Stewardessy, jak i każdy, lubią narzekać. Narzekamy na to, że bolą nas nogi, że pasażerowie są niemili, że często musimy spać, kiedy świeci słońce i pracować w nocy, że przez zmiany klimatów i pasów czasowych często nie orientujemy się o tym, co się dzieje wokół. Pomimo, że mamy rozkład lotów, wciąż jest on nieprzewidywany i ulega zmianom na bieżąco. Tęsknimy również za rodziną. Mogę kontynuować, ale po co? Każda praca ma swoje minusy i nie powiem, że praca biurowa jest łatwiejsza. Chyba pracowników biurowych również boli kręgosłup od siedzenia, oczy od komputerów i głowy od telefonów. Każdy wybiera sam, co jest gotowy cierpieć w celach spełnienia marzeń. Idealnej pracy nie ma, ale im bardziej ją lubimy, tym łatwiej przechodzimy przez wszystkie wady.

P: Stewardessa to i kelner, i psycholog, i przyjaciel. Czy przytrafiło ci się kiedyś zostać dla pasażera kimś takim?

M.B.: Prawie w każdym locie wcielamy się w te wszystkie role. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że jesteś sprzedawcą, doradcą, lekarzem, opiekunką, ratownikiem i tak dalej. Chyba nawet nie ma określonego zakresu zadań, które potrafimy wykonywać. Nigdy nie wiesz, co czeka na ciebie w następnym locie.

P: Myślałaś kiedyś by wszystko rzucić i powrócić do domu, do rodziny?

M.B.: Szczerze mówiąc, jeszcze nie miałam takich myśli, chociaż mieszkam z dziewczyną, która ciągle marudzi, że chce do domu. Wiem, że mam rodzinę, która mnie kocha i tęskni za mną. Jestem jednak świadoma, że nie mam tam nic ciekawego do robienia. Pracowałam w wielu różnych zakładach i jakakolwiek praca nudziła mi się po kilku miesiącach. Stewardessą jestem dopiero 8. miesiąc i do tej pory codziennie odkrywam coś nowego dla siebie, zarówno w pracy jak i w życiu. Teraz mam taki okres, któremu nadałabym tytuł Spełnienia marzeń, a rodzina jest bardzo szczęśliwa i dumna, kiedy obserwują jak moje marzenia się spełniają.

P: Przeglądałam twoje zdjęcia zamieszczone w sieci. Byłaś chyba we wszystkich zakątkach świata. Które miejsce wspominasz najmilej? Gdzie chciałabyś zamieszkać?

M.B.: Jeszcze nie byłam wszędzie, ale jest to w moich planach. Mam listę miast, do których lata moja linia lotnicza i za każdym razem lecąc do nowego miasta wykreślam je. Mam zamiar przez pierwszy rok/dwa pracy polecieć do każdej z obecnie 164 destynacji na mapie Emirates. Do tej pory najbardziej zależy mi na Australii i Nowej Zelandii. Pozytywna, otwarta, a tym samym odseparowana od świata wojny i polityki Australia daje odczucie pokoju i szczęścia, natomiast przyroda Nowej Zelandii nie może zostawić mojego serca obojętnym.

P: Twoja praca jest bardzo nieprzewidywalna. Warto jednak zapytać: co dalej?

M.B.: W planach mam skreślenie z listy wszystkich miast. Tak naprawdę, jednym z moich celów tej pracy jest odnalezienie ciekawych pomysłów na własny biznes podczas zwiedzania różnych krajów, notowania, co ciekawego robią ludzie po tej stronie świata, czego nie ma u nas. Widzę siebie również jako pracownika jakieś międzynarodowej organizacji zajmującej się pytaniami globalnymi jak na przykład United Nations, ponieważ wierzę, że doświadczenie w pracy z ludźmi z całego świata byłoby przydatne w takiej organizacji. Zobaczym, co życie zostawiło dla mnie na później. To, co oferuje mi teraz – jest tym, czego chcę.

P: Kiedyś usłyszałam stwierdzenie, że w momencie, gdy człowiek przyjeżdża do innego kraju, to w jakimś stopniu nowe miejsce zmienia go, daje mu coś nowego od siebie. Odczuwasz coś podobnego?

M.B.: Już od kilku lat, kiedy ktoś pyta skąd jestem, odpowiadam, że może i mam paszport ukraiński, ale jestem dzieckiem świata. To właśnie tak czuję siebie i potwierdzą to ludzie wokół mnie. Jest takie powiedzenie, że życie jest jak książka i kto nie podróżuje czyta tylko jedną stronę. Mam nadzieje, że moja książka do końca życia uzbiera wiele stron.

Rozmawiała: Juliia MYKHAILIUK

Zdjęcie: z własnego archiwum Marii Bulbakh

PARTNERZY:
Rekrutacja WSIiZ!