Wspomnienia sprzed 100 dni. Mały jubileusz zmian na Ukrainie

189508

Wybory. Wiele się o nich mówiło. Mnóstwo reklam, rozmów, dyskusji, debat. I w końcu nastąpiła ta wyczekiwana data – 25 października 2015 roku – wybory samorządowe na Ukrainie. Każdy świadomy obywatel nosił w sercu nadzieję, że w tym dniu zmieni się przyszłość Ukraińców…

W ostatnim tygodniu przed wyborami spotkałam znajomego, który był powołany na kierownika komisji wyborczej w jednym z okręgów Województwa Lwowskiego. Podczas rozmowy zaproponował mi, żebym została obserwatorem od jednej z partii. Bez wahania zgodziłam się. To dobra okazja zobaczyć jak to wygląda od środka, a byłam tego ciekawa. Parę dni przed niedzielą wyborczą dostałam legitymację obserwatora. Zostałam przydzielona na wiejski punkt elekcyjny. Na moje pytanie: jakie będą moje obowiązki? - kolega odpowiedział: - Pilnować porządku podczas głosowania. Wszystko musi być według prawa.

Rano w dzień wyborów przybyłam punktualnie na 8.00 do lokalu. Tam już zgromadzili się obserwatorzy od innych partii oraz członkowie komisji. Jak okazało się później większość z nich to byli albo nauczyciele szkół albo bezrobotni (wybory to też możliwość zarobienia pieniędzy, więc nie dziwię się, że akurat tacy przedstawiciele społeczeństwa się pojawili).

Zaczęło się wszystko od modlitwy oraz hymnu Ukrainy. Po czym każdy zajął swoje robocze miejsce. Otworzono lokal.

Nastąpiła cisza. Nikt nie przychodził, bo kto o 8.00 będzie specjalnie wstawał by iść zagłosować?! Byłam w małej wiosce, którą zamieszkują głównie osoby starsze, dlatego myślałam, że będzie cicho i nudno przez cały dzień. Ale okazało się, że jest zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Cisza nie była zbyt długa – zaczęli się schodzić obywatele.

- Ludzie idą do kościoła. Jak będą wracać po mszy, to będzie jeszcze więcej roboty - powiedziała sekretarz komisji.

Miała rację. Szczerze mówiąc nie nudziło mi się, przez cały dzień miałam co robić. Na przykład przyszła stara babcia, zagłosowała i poszła. Zauważyłam ją, bo była ubrana bardzo skromnie, widać, że (choć zapewne ciężko pracowała przez całe życie) żyje w ubóstwie. Wróciła po pół godziny, poszła w kierunku stoiska z komisją i parę minut później słyszę jej krzyk: - To jak tak nie uwierzysz bez paszportu? Ja stary człowiek muszę chodzić tu i tam po sto razy? Przecież jak nie można? Znam cię, a ty znasz mnie i moją córkę, a ja znałam jeszcze twego dziadka! Wątpisz, że głosuję za nią, a nie za kogoś obcego? Potrzebujesz paszportu, bo nie wierzysz, że to moja córka? - trzasnęła drzwiami i poszła.

- Chciała głosować zamiast córki, bo ta dzisiaj pracuje - powiedział kolega.

Nie minęło wiele czasu, jak babcia wchodzi znowu. U wszystkich na twarzy od razu pojawił się uśmiech, a ona tak powoli podchodzi do stoiska i rzuca paszportem w twarz członka komisji. Wywiązał się dialog:

- No, masz paszport!

- Ale pani nie może zagłosować w imieniu kogoś innego oprócz siebie, nawet jeśli to pani córka i posiada pani jej dokumenty – wyjaśnił kierownik komisji.

- Jak tak? Przecież ona pracuje, a wróci dopiero jutro.

- Przykro mi, ale w takim razie jej głos przepadnie.

-Wiem, że wykorzystacie jej głos tak jak to wam jest potrzebne. Mój wnuczek znajduje się obecnie na froncie, a ja tutaj nie mogę głosować zamiast córki, która pracuje 12 godzin codziennie. Jesteście wszyscy przekupieni! – i powiedziawszy jeszcze parę brzydkich rzeczy trzasnęła drzwiami i wyszła.  Już nikt się nie śmiał, tylko popatrzył na siebie i robił dalej swoją robotę.

Moje myśli o tej przygodzie przerwało pojawienia się prostego z wyglądu, a jednocześnie poważnego mężczyzny. Wszyscy się do niego miło uśmiechali, a on podszedł do każdego – przywitał się podając rękę, a przed wrzuceniem swojego głosu do urny powiedział „Z Bogiem” i poważnie wyszedł.

- Kto to? Miejscowy ksiądz? – spytałam.

- To jeden z kandydatów na posła do urzędu wojewódzkiego – odpowiedział mój sąsiad-obserwator.

- Ale jak – dziwiłam się – z takiej małej wsi?

- Haha … fakt, to mała wioska, ale to jeszcze nie znaczy, że beznadziejna – wyjaśnił mój kolega.

Nic nie powiedziałam. Był to mój błąd. Poddałam się stereotypowemu myśleniu, że politycy to aroganci, którzy mieszkają w wielkich miastach lub ich okolicach, a wyglądają jak z okładek prestiżowych magazynów.

Pojawili się także wyborcy, którzy starali się raczej rozśmieszyć ludzi niż zagłosować.

Jeden, na przykład, wszedłszy do kabiny mówił głośno swoje zdanie na temat każdego kandydata z listy wyborczej:

- Kmit nie przejdzie, bo nie ma tak dużo kasy jak Gergeta. A ten, z kolei, nic nie robi oprócz kłamstwa i kradzieży naszych pieniędzy. Ale to wszyscy nic nie robią… Ten też nie przejdzie, bo mu nie wystarczy pieniędzy - i tak przez pół godziny. Członkowie komisji starali się go wyciszyć i uspokoić, ale bez skutku – lekko pijany człowiek dostał możliwość by przedstawić swoje poglądy w licznym gronie ludzi – nie dało się go powstrzymać.

Od czasu do czasu obserwatorzy oraz przedstawiciele różnych kandydatów zaczynali między sobą dyskusję:

- Jak ludzie mogą głosować na twego kandydata, jeśli on w ciągu swej poprzedniej kadencji nic nie zrobił. Oni jadą tutaj po zepsutej drodze, przeskakują przez jamy wchodząc do zimnego, ciemnego lokalu i nadal głosują na niego, głupi naród!

- Twój kandydat nie lepszy!

I nawet dochodziło do walki, ale wszystko się uspakajało, w momencie, gdy pojawiał się policjant.

Ściany lokalu były obklejone plakatami ponad 20 partii. Różnymi. Ja siedziałam pod plakatem „Internet Partii Ukrainy”. Powiem szczerze byłam zaskoczona, bo ani jednego ukraińskiego nazwiska, żadnego ukraińskiego imienia. A przecież to wybory do ukraińskich samorządów i do tego w czasie wojny. Na innych plakatach też można było znaleźć nazwiska nieukraińskiego pochodzenia. No ale dobra, to jeszcze można było by jakoś wyjaśnić. Jednak na to, że prawie w każdej partii w pierwszej dziesiątce kandydatów były osoby, które ukończyły zaledwie 20 lat (a w jednej – lider miał 21) nie mogłam znaleźć uzasadnienia. Ciekawa byłam za jakie osiągniecia i sukcesy oni zostali tam wpisani? Bo nie słyszałam o nich wcześniej, ani jako o bohaterach Majdanu, ani jako o rannych podczas ATO. Co ci ludzie będą robić na takich stanowiskach? Oni studia skończyli normalnie czy kupili dyplom? Chyba mają bogatych rodziców?! Wszystkie te pytania zostały bez odpowiedzi do dziś.

Pod koniec dnia ludzi już było mało. Ktoś przychodził jeszcze głosować, ktoś dopytać się o wyniki, a ktoś pogadać. Byli i tacy, którzy szukali swoich dokumentów, bo gdzieś je zgubili podczas głosowania. Policjant miał trochy roboty: każdego wyprowadzić, każdemu coś wyjaśnić.

Ale oprócz tych śmiesznych, głupich sytuacji były również przyjemne. Szczególnie jak ludzie przychodzili głosować całymi rodzinami, np. młoda para i dzieci. W ich oczach można było zobaczyć tę nadzieję na lepszą przyszłość, wiarę w to, że wszystko się zmieni, że ludzie nie umierają na froncie nadaremnie.

Bardzo czułym był moment, kiedy osoby te pozwalały wrzucać listy do urn swoim małym dzieciom, mówiąc przy tym (ze łzami na oczach) - Z Bogiem rzucaj, żebyś żył w lepszych czasach, bez wojny.

Wreszcie nadeszła 20.00 i przed wyborcami zamknęły się drzwi lokalu wyborczego. Zaczęło się podliczanie głosów, pakowanie całej dokumentacji. Członkowie komisji zaczęli pisać raporty, poprawiać, podpisywać… Trwało to długo. Wszyscy już byli głodni i zmęczeni. Niektórzy chcieli do toalety, ale musieli cierpieć, bo nie można otwierać drzwi póki się nie zapakuje i zapieczętuje całej dokumentacji, a wewnątrz budynku takiego „luksusu” nie było.  

Jeden ze obserwatorów (jakimś cudem) był już pijany i spał sobie na krzesłach, powtarzając „kot lubi rybę” (jeden z kandydatów miał nazwisko Kot).

- Nasza służba jest niebezpieczna i ciężka – raptował mój sąsiad-obserwator znaną ukraińską piosenkę policjantów. Zaczął śpiewać, patrząc do tyłu. Odwracam się, a tam policjant słodko śpi na krześle.

- Nie dziwne, przecież miał taki trudny dzień z babkami, pijanymi, a tu jeszcze tak długo trwa to podliczanie.

 - A wiesz dlaczego tak długo ciągną ten proces podliczania głosów?

- Nie. Dlaczego?

- Bo po godzinie 24.00 płacą dodatkową kasę, nocną. Więc oni przeciągają czas, bo chcą zarobić.

I tutaj zaczęłam się już denerwować, bo uświadomiłam sobie, że jeszcze długo będę siedziała.

Chociaż teraz to rozumiem – nic dziwnego w tym nie było. Ludzie żyjąc w czasie inflacji, kryzysu, wykorzystują każdą szansę by zarobić. Oni przynajmniej robią to oficjalnie, zgodnie z prawem. A ile pieniędzy zostało skradzionych w ten dzień, poprzez falsyfikację i kłamstwo?! Przecież zimne lokale bez światła, długopisów, sprawnych telefonów nie miały takie być, bo na każdy była przeznaczona określona kwota z budżetu państwa. Ale, najprawdopodobniej, te pieniądze nie trafiły do tak małej wioski, bo zatrzymały się w czyichś kiszeniach. A takich miejscowości w całym kraju jest dużo. Już nie wspomnę o machinacjach podczas wyborów, podkupieniu głosów, łapówkarstwie itd. Dlaczego w kraju, który przeżył rewolucje honorową, w czasie wojny tak jest? Dlaczego podczas podliczania głosów okazało się, że około dziesięciu list wyborczych jest zakłamanych? Dlaczego nawet w tak małej wiosce Zachodniej Ukrainy (serca patriotyzmu) kilka osób zagłosowało na ludzi, którzy spowodowali Majdan, wojnę, inflację? Nie mogłam znaleźć odpowiedzi.

Po północy wszystko się skończyło. Członkowie komisji razem z raportami pojechali do lokalu okręgowego, a ja, z czystym sumieniem, ale i z całą kupą pytań bez odpowiedzi – poszłam spać. A kiedy budzę się 100 dni po wyborach i przypominam sobie ten dzień – rozumiem, że zarówno stara babcia, jak i pijany pan mieli rację – wybory to był tylko kolejny sposób na kradzież pieniędzy z budżetu państwa, nie zaś początek reform na Ukrainie. Uświadamiając to sobie odczuwam smutek i żal. Szkoda Ukraińców, którzy wiązali z tym dniem wielkie nadzieje na przyszłość, a w zamian dostali stabilizację, jeśli nie pogorszenie kryzysu, zarówno wojennego, jak i gospodarczego. Żal dzieci, które nie pamiętają co to jest pokój, demokracja, bo już od trzech lat zamiast bajek słyszą tylko rozmowy o wojnie, zmarłych bohaterach i złodziejach za kierownicą państwa.

Ale może to akurat ci, którzy od przedszkola uczulani są na pokój, demokrację, sprawiedliwość będą w stanie pokonać zakorzeniony system klanowo-oligarchiczny na Ukrainie? Może to oni, wychowując się w tak strasznej atmosferze, zmienią ten kraj? Odpowiedzi na te pytania też pozostaną bez echa przez najbliższe dziesięć lat, ale w nich kryje się ogromna nadzieja wszystkich świadomych Ukraińców. Szczególnie tych, których wojna dotknęła najbardziej, których dzieci już poświeciły się tym zmianom oddając życie. A przecież oni w ten dzień też poszli głosować. Może jeszcze z nadzieją, a może tylko z pamięci o zmarłym bliskim, który tak mocno pragnął tych zmian.


Oksana BANIAS

Zdjęcie: ua.112.ua

PARTNERZY:
Rekrutacja WSIiZ!