Zapaska w Rzeszowie: Taki zespół jak my, nie zbiera wielotysięcznego tłumu

12773100_518828858277917_604034765_o

Ukraiński zespół muzyczny Zapaska, który gra w stylu indie-pop, wystąpił 11 lutego w jednym z pubów stolicy Podkarpacia. Grupa jest znana z wykorzystywania w swoich piosenkach różnych dźwięków, eksperymentuje z różnorodnymi instrumentami oraz swoim głosem. Zespół tworzy swóch muzyków: Pawło Neczytajlo i Jana Szpaczyńska. Z zespołem tuż po koncercie porozmawiał Vladyslav Tsovma.

Pressja: Jak Wam się dzisiaj grało? Jak przygotowujecie się do trasy koncertowej?

Jana Szpaczyńska: Dzisiaj zagraliśmy pierwszy koncert zaczynającej się trasy, a zaczynać jest zawsze ciężko. Wyjechaliśmy z domu i staramy się teraz ponownie przyzwyczaić do nowych warunków i do długiej nieobecności.

Pawło Neczytajlo: Bardzo mi się podoba to, że zaczynamy w Rzeszowie i robimy tak już po raz czwarty. Za każdym razem dziwi mnie, jak dużo się zmienia. Zawsze gramy w tym pubie, ale za pierwszym razem było to trochę inne miejsce. Potem scena została obrócona w inną stronę, a teraz zrobili tak, że możemy grać na dwie strony pubu. Tutaj zawsze jest przyjemny dźwięk i wspaniała publiczność. Yana, co prawda, jeszcze myśli o domu, ale dla mnie jest super i gram spokojnie.

P: Wasze płyty są sprzedawane w Europie, większość koncertów Zapaska daje na Zachodzie. Dlaczego tak jest? Jest to związane z brakiem popytu ukraińskich słuchaczy, czy w Europie jest lepsza organizacja?

J.S.: Mieliśmy wiele koncertów na Ukrainie, ale spróbowaliśmy grać na Zachodzie i stwierdziliśmy, że będziemy rozszerzać swoją działalność. Moim zdaniem Zachód daje więcej możliwości.

P.N.: Do niedawna na Ukrainie można było grać wyłącznie w domach kultury. Rynek koncertowy dla 40-milionowego państwa był niewielki. Dopiero po rewolucji oraz wybuchu wojny, Ukraińcy zaczęli się budzić i w każdym mieście pojawiło się po kilka miejsc, gdzie można występować. Wcześniej tego nie było. Zaczęliśmy swoją działalność, kiedy była taka sytuacja, że nie bardzo były możliwości do grania. Chociaż koncertowaliśmy wiele razy na Ukrainie w takich miejscach, gdzie być może nikt z kolegów nie wystąpiliby. Na przykład graliśmy w miastach Pryluky, Żowti Wody.

J.S.: To właśnie dzięki naszemu przyszłemu menagerowi, który jest podróżnikiem. Kiedyś powiedział: „Chcecie podróżować? Ja wam to zorganizuję”. To było wspaniałe doświadczenie.

P: Macie nawet taki styl: dużo podróżujecie po różnych krajach i od razu w kilku miastach występujecie.

J.S.: Tak, tak właśnie wygląda nasze podróżowanie. Kiedy wypełniamy formularz w hotelu na pytanie o cel odpowiadamy, że turystyka. Tak naprawdę to ma dla nas dwa znaczenia, dlatego, że jesteśmy w trakcie trasy i jednocześnie odwiedzamy kraje.

P.N.: Taki zespół jak my, nie zbiera wielotysięcznego tłumu. Po prostu warto dużo grać, dlatego żeby grać lepiej – Europa daje taką możliwość. Na Ukrainie nie da się zagrać po trzy-cztery razy w Winnyci, albo w Kijowie. Tutaj bez żadnego problemu. Na przykład raz na rok możemy zagrać w Rzeszowie.

P: Instrumenty, na których gracie, są unikatowe i mało osób je zna. Wykorzystujecie je w każdym utworze. Opowiedzcie o niektórych z nich.

J.S.: Gram na instrumencie elektrycznym  – to pomarańczowy grow box, uwielbiam go. Ten instrument ma ograniczony zestaw dźwięków i to właśnie prowokuje mnie do wyciśnięcia maksimum z mojego grow box-a. Już drugi rok staram się rozwijać swoje umiejętności grania na tym instrumencie. Bardzo mi się podoba jego moc.

P.N.: Każdy instrument ma swoją historię. Z egzotycznych mamy małą rurę miedzianą, którą kupiliśmy w Białymstoku podczas jednej z tras. Jest też sopilka (rura), którą nam sprzedał starzec w pociągu Czerniwci-Lwów. W domu też mamy wiele instrumentów, które często wykorzystujemy w tworzeniu piosenek. Osobiście gram na kalimbie – on prezentuje nasz zespół i z nim zaczynaliśmy. Jeden z pierwszych instrumentów jest akordeon „Kalinka” od tulskiej fabryki, ma tyle lat co ja, a nawet jest starszy ode mnie. Podarowała mi go babcia w 80-tych latach. Są też malutkie instrumenty, takie jak drumla i gwizdki. To jest taki nasz charakterystyczny styl: nie mamy wielkiego show, jest nam ciężko za sobą wozić własnego dj-ja. Dlatego zabieramy ze sobą walizki z różnorodnymi instrumentami.

P: Jano, w jednym z wywiadów wspomniałaś o trzech najważniejszych wydarzeniach, które odbyły się od czasów istnienia zespołu. To była historia o menagerze, trasa ze słowacką grupą oraz o waszym klipie, który pomógł jednej rodzinie przeżyć stratę. Proszę opowiedz po trochę o każdej historii.

J.S.: Zacznę od poznania „rodziców chrzestnych” naszego zespołu, czyli duetu Logital ze Słowacji. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w klubie koncertowym Kasztan, gdzie wspólnie zagraliśmy. Później oni zaproponowali, żebyśmy pojechali z nimi, jako support w trasę. W ten sposób zyskaliśmy pierwszych słuchaczy, dlatego bardzo cieszymy się z tej znajomości. To dało zespołowi życie, możliwość koncertowania i wielkie doświadczenie. Mieliśmy ogromną  przyjemność ze współpracy z naszym menagerem Bogdanem, z którym już dawno nie współpracujemy. W tych czasach zaczęliśmy występować na Ukrainie i za granicą. Często występowaliśmy z czeskim zespołem Kuzmich Orchestra w niesamowitych miejscach. Bogdan zorganizował wtedy koncert w Ługańsku, Doniecku. Natomiast mówiąc o klipie: kiedy nagrywaliśmy ten teledysk, nie sądziliśmy, że kiedys dostaniemy listy z wyrazami wdzięczności. To był klip do piosenki Kołysanka, który pokazuje dziewczynkę, która się bawi. Napisał do nas mężczyzna o tym, że on z żoną stracił dziecko. Mieli bardzo długo depresję, ale pewnego dnia oglądnęli nasz klip i jakoś byli w stanie to wszystko przeżyć, przemyśleć i ponownie pomyśleć o dzieciach. Kiedy spotykasz sie z takimi historiami bezpośrednio odczuwasz odpowiedzialność za to, co robisz.

P: W 2014 roku wydaliście ostatnią płytę zatytułowaną Kontur. Mówiłeś Paweł, że nad każdym utworem pracujecie długo i do każdej piosenki macie indywidualne podejście. Czy nazbierało się już wystarczająco dużo piosenek na nowy album?

P.N.: Tak, już mamy zaplanowaną prezentecję we Lwowie 7 kwietnia i 14-go w Kijowie. Płyta będzie się nazywała Pomału i będzie można ją dostać na dość niezwykłym nośniku. Na jakim – tajemnica, chociaż to popularny nośnik, który można włożyć do kieszeni, ale też łatwo zgubić.

J.S.: Piosenki już wymyśliliśmy i zapisaliśmy.

P.N.: Nawet dzisiaj zagraliśmy prawie cały album. Co ciekawe: po raz pierwszy udało nam się zagrać niemalże całą płytę.

Vladyslav TSOVMA

Zdjęcie: Viktoria Skovron

PARTNERZY:
Rekrutacja WSIiZ!